Star Wars: The Last Jedi – na gorąco (bezspoilerowo)

Wczoraj miałem przyjemność obejrzeć (po raz pierwszy) najnowszą część sagi Star Wars. Dwa lata oczekiwania na kontynuację przygód Rey, Kylo Rena i reszty nowych (i starych) bohaterów skutecznie podkręciły atmosferę. Przed pójściem do kina obejrzałem tylko pierwszy trailer, a ostatnie kilka dni unikałem mediów społecznościowych, aby nie nadziać się na żadne spoilery. Po pół godziny reklam (!) przed seansem rozpocząłem swoją kolejną, dwu i pół godzinną (The Last Jedi to najdłuższy film w serii) wyprawę do świata Gwiezdnych Wojen.

Zacznijmy od tego czego oczekiwałem od filmu. Przede wszystkim, jak pewnie większość widzów, chciałem poznać odpowiedzi na pytania zadane w poprzednim epizodzie. I tu… niespodzianka. W czasie dwuletniej przerwy miedzy filmami godzinami wertowałem reddita, oglądałem setki filmów z teoriami i mam wrażenie, że twórcy robili to samo ponieważ chyba żadna z teorii opisujących to co znajdziemy w najnowszym filmie nie sprawdziła się. Momentami śmiałem się z rozmontowujących trailer na części pierwsze szukając jakiś odniesień i próbując złożyć z tego całość. Nic z tego – trailer nie zdradza żadnych szczegółów, które pchają fabułę do przodu!

Co nie zagrało?

Z kina wyszedłem z uśmiechem na twarzy, zdecydowanie usatysfakcjonowany (to trudne słowo, które ciężko wypowiedzieć). Było jednak kilka drażniących, czy wręcz głupich momentów w fabule. Czasami można było się zastanowić, czy dany wątek jest konieczny w tym filmie i czy nie można byłoby go bezpiecznie wyciąć, bez utraty sensu całości. Momentami bohaterowie za bardzo śmieszkowali – twórcy chyba pozazdrościli Strażnikom Galaktyki konwencji i próbowali jakoś to wpleść w trochę poważniejszy film. Moim zdaniem było tego delikatnie za dużo.

Co zagrało?

Show całkowicie skradł Mark Hamill jako Luke Skywalker. Absolutne mistrzostwo. W przeciwieństwie do epizodu siódmego nie zaserwowano nam tutaj mega dawki sentymentu. Było to zdecydowanie bardziej subtelne, może też dlatego, że nie było tak wielkiej przerwy jak to było w przypadku części szóstej i siódmej. W siódemce dostaliśmy praktycznie wszystkie nawiązania na talerzu, bohaterowie, teksty, Sokół… Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jedno z nawiązań do klasycznej trylogii umieszczone w The Last Jedi jest przynajmniej tak dobre jak wszystkie z Force Awakens razem wzięte! Nie mówię o co chodzi, ale jak zobaczycie to na ekranie to od razu zrozumiecie o co chodzi – dość powiedzieć, że po wyjściu z kina gadałem praktycznie tylko o tym momencie.

Akcja! Film jest wypełniony akcją po brzegi, ale nie jest kalką Imperium Kontraatakuje. O ile w Przebudzeniu Mocy mieliśmy praktycznie Nową Nadzieję II, tak tutaj fabuła momentami jest mało Star Warsowa, co daje jakiś powiew świeżości. Dzieje się bardzo dużo, jesteśmy przenoszeni między wątkami często, jednak jest to zrobione na tyle sprawnie, że nie gubimy się w fabule. Walki są epickie i czasami niespodziewane. W filmie znajdziemy też momenty refleksji odnoszące się do naszego świata: spojrzenie na wojnę i na religię.

Muzyka i dźwięk! Standardowo – John Williams i znane wszystkim kompozycje. Nie dostaliśmy co prawda nic nowego, jednak zaprezentowany w poprzednim epizodzie motyw Rey ładnie komponował się z resztą utworów. Cieszyły fragmenty motywu Hana i Lei, czy mój ukochany  Force Theme, który za każdym razem wywołuje u mnie ciarki. Ogromne wrażenie zrobił na mnie (i chyba na całym kinie, ponieważ nikt się nie odezwał) jeden z zabiegów dźwiękowych, w którym zamiast odgłosów eksplozji wykorzystano ciszę.

Nadzieja

Film kończy się w łagodny i spójny sposób, zamykając pewien rozdział. Nie wychodzimy z brzęczącym w głowie pytaniem: co dalej?! Nie znaczy to, że nie warto czekać na kolejną część! Opuszczając salę kinową mamy nadzieję, nadzieję na to, że czas trochę przyspieszy i przeniesie nas do grudnia 2019 roku, by poznać dalsze losy bohaterów uniwersum Gwiezdnych Wojen.